sobota, 27 grudnia 2014

Spotkanie w pociągu

                Dwa dni po sfałszowaniu swojej śmierci Sherlock Holmes postanowił odwiedzić swoich rodziców w ich domu na wsi. Mycroft nie chciał go tam zawieźć  ani rozkazać komuś by to zrobił, więc musiał pojechać tam pociągiem. Oczywiście odpowiednio się ucharakteryzował  by nikt go nie rozpoznał i nie wydał i wziął ze sobą gazetę, za którą mógłby się schować w razie czego i wsiadł do pociągu. Wszedł do przedziału i zajął miejsce przy oknie.
                Nagle do przedziału weszła osoba, którą Sherlock jednocześnie pragnął i obawiał się spotkać. Był to John. Sherlock natychmiast  otworzył gazetę i schował się za nią. Akurat otworzył ją na artykule poświęconym jego samobójstwu .  John usiadł naprzeciwko niego i wpatrzył się w widok za oknem. Pociąg ruszył.
                Pociąg nabierał prędkości i John przeniósł wzrok z okna na gazetę, którą trzymał Sherlock i Holmes wiedział, że na pierwszej stronie jest jego zdjęcie, w które John się wpatrywał.
- Gazety kłamią – powiedział nagle John. – Sherlock Holmes był moim najlepszym przyjacielem i był najlepszym człowiekiem jakiego w życiu spotkałem. Moriarty istniał naprawdę, a Sherlock był prawdziwym detektywem geniuszem …
John urwał, a z jego oczu popłynęły łzy.  Widok płaczącego Johna nie był łatwy dla Sherlocka, więc  Sherlock złożył gazetę, wyciągnął z kieszeni swojej bluzy w rozmiarze XL opakowanie chusteczek i podał je Johnowi.
- Dziękuję – powiedział John drżącym głosem, a następnie przyjrzał się uważnie Sherlockowi i przez moment Holmes miał wrażenie, że jego najlepszy przyjaciel go rozpoznał, bo uśmiechnął się, ale John musiał zdać sobie sprawę z tego, że to nie może być Sherlock, bo przestał się uśmiechać i w jego oczach pojawił się ból.
- Przykro mi – powiedział Sherlock z silnym francuskim akcentem. – Z powodu pańskiego przyjaciela…
- Bardzo za nim tęsknię – odpowiedział John. – Wszędzie o nim piszą, wszystko mi go przypomina, więc musiałem wyjechać z Londynu, by odpocząć od tego wszystkiego… Nawet pan jest do niego trochę podobny… Czasami wydaje mi się, że on żyje, tylko się ukrywa… Ale nie zrobiłby mi tego.
                Sherlock poczuł nagle wielkie poczucie winy. Chciał przeprosić Johna za to wszystko, przyznać się do tego, że żyje, ale wiedział, że jest na to za wcześnie. Nagle zadzwonił mu telefon, więc Sherlock wyszedł z przedziału na korytarz.
- Halo – powiedział.
- Jak tam podróż, braciszku? – zapytał Mycroft.
- Spotkałem Johna – powiedział Sherlock szeptem. – Przez moment myślałem, że mnie rozpoznał, ale chyba pomyślał, że to nie mogę być ja. Powiedział, że zastanawia się czasem, czy przypadkiem nie przeżyłem mojego samobójstwa, ale doszedł do wniosku, że nie zrobiłbym mu tego. Co mam zrobić?
- Ujawnij się – powiedział Mycroft.
- Nie mogę – odpowiedział Sherlock. – Doskonale o tym wiesz… Jeszcze jest za wcześnie, poza tym muszę rozpracować całą organizację Moriartiego.
- Wobec tego się nie ujawniaj. Na najbliższej stacji wysiądź z pociągu.
- Nie mogę – odpowiedział Sherlock. – To by nie miało najmniejszego sensu,  wysiadam za dwie stacje.
- W takim razie nie wysiadaj – poradził Mycroft.
- Wypchaj się takimi radami – powiedział Sherlock.  – I załatw mi papierosy.
- Nie.
- Dobra, to w takim razie mama mi załatwi.
Sherlock rozłączył się i wrócił do przedziału.
- Przykro mi z powodu pańskiego przyjaciela – powiedział nagle Sherlock. – Jaki on był?
- Wspaniały – odpowiedział John.- Ludzie go nienawidzili, bo go nie rozumieli, ale ja znałem go dość dobrze. Był bohaterem i  wbrew pozorom był bardzo ludzki. Często powtarzał, że nie lubi ludzi, ale myślę, że on po prostu nie lubił idiotów. Przez prawie cały czas się nudził. Nie rozumiem dlaczego skoczył… Postąpił bardzo samolubnie zostawiając mnie samego na tym okropnym świecie… To wszystko moja wina, że zostawiłem go wtedy, gdy mnie potrzebował…
- To nie jest pańska wina – powiedział poruszony wyznaniem przyjaciela Sherlock. – Proszę się nie obwiniać, gdy ktoś decyduje się popełnić samobójstwo nie jest to wina jego przyjaciół … Jestem pewien, że Sherlock pana kochał jak brata…
Pociąg zbliżał się do stacji, na której wysiadał Sherlock i zaczął zwalniać. Holmes wstał , wziął swoje rzeczy, pożegnał się z Johnem i wysiadł z pociągu. 



- Lily

sobota, 20 grudnia 2014

Potterlock

Crossover : Potterlock

                Samolot wylądował a Sherlock z niego wysiadł i podszedł do Watsonów i Mycrofta.
- Jaki jest plan? – zapytał Sherlock.
- Nie tak szybko, braciszku – odpowiedział Mycroft. – To, że nie lecisz do Wschodniej Europy nie oznacza, że jesteś niewinny. Nadal jesteś mordercą. Proponuję, żebyś udał się na Baker Street.
- Możemy z nim pojechać i go popilnować – zaoferowała Mary.
- Dziękuję, Mary – powiedział Mycroft. – Jestem wam bardzo wdzięczny, za wszystko, co robicie dla mojego brata… No może z wyjątkiem postrzelenia go – dodał po namyśle. – W takim razie jedźcie na Baker Street, a ja i reszta rządu zajmiemy się Moriartym. Jak nie będziemy sobie radzili, to przyjadę na Baker Street.
*
Harry Potter siedział w swoim gabinecie w Ministerstwie Magii i przeglądał raporty sprzed dwóch lat.
W dniu 14 kwietnia bieżącego roku Aurorom z Ministerstwa Magii udało się wreszcie aresztować najniebezpieczniejszego człowieka naszych czasów - James’a Moriartiego, który sfałszował swoją śmierć,  pod zarzutem wielokrotnego zabójstwa czarodziejów i mugoli, a także kierowania organizacją przestępczą. Kilka dni później został on zesłany do Azkabanu. Moriarty jest czarodziejem półkrwi, który w wieku czternastu lat został wydalony ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie z powodu założenia organizacji przestępczej. Nie został on jednak usunięty ze świata czarodziejów i kontynuował naukę magii w rodzinnym domu. Uczęszczał wtedy do mugolskiej szkoły.
                Harry usłyszał nagle pukanie do drzwi.
- Proszę ! – krzyknął.
Do gabinetu wszedł Artur Weasley.
- Minister kazał mi tobie przekazać, że Moriarty uciekł z Azkabanu – powiedział. – Mugolski rząd już o tym wie.  Za pół godziny masz spotkanie z Mycroftem Holmesem w jego biurze, w celu ustalenia planu działania.
- Dziękuję za informację, Arturze.  Oczywiście wpadnę zaraz do Mycrofta – odpowiedział Harry. – Właśnie przeglądałem stare raporty i czytałem o sprawie Moriartiego…
Artur wyszedł z gabinetu, a Harry włożył raporty do szuflady, wziął z biurka swój telefon komórkowy i schował go sobie do kieszeni,  a do drugiej kieszeni wsadził swoją różdżkę, ubrał swoją zimową kurtkę i wybiegł z gabinetu.
*
Harry zapukał do drzwi gabinetu Mycrofta Holmesa. Anthea, jego asystentka otworzyła mu drzwi i zaprosiła go do środka. Mycroft Holmes siedział przy biurku i oglądał coś na swoim laptopie.
- Witam, panie Potter – powiedział łagodnym głosem do Harry’ego.
- Dzień dobry – odpowiedział Harry.
Mycroft przywołał go do siebie i pokazał mu to, co oglądał na laptopie. Był to filmik przedstawiający Moriartiego, który powtarzał w kółko jedno słowo, a mianowicie :
Tęskniliście?
- Ten filmik jest wyświetlany na każdym telewizorze  w całej Anglii – powiedział Holmes.
- Trzeba koniecznie coś z tym zrobić – odpowiedział Harry.
- Mój brat nam może pomóc – powiedział Mycroft. – Jest dobry w rozwiązywaniu zagadek zbrodni i w odnajdowaniu ludzi, a Jim Moriarty to jego Nemezis.
- Można mu zaufać w sprawie tak bardzo ważnej dla naszego narodu? – zapytał Harry.
- Oczywiście – powiedział Holmes. – Sherlock pomagał mi już w wielu delikatnych sprawach.
- On wie o świecie magii?
- Nie – odparł Mycroft. – Trzeba by było go w to wszystko wtajemniczyć. Jednak nie jest to typ człowieka, który uwierzy ci na słowo.
- Mogę nawet pokazać mu swoją miotłę wyścigową  - powiedział Harry. – Albo zaprowadzić go do Ministerstwa Magii … Najważniejsze jest to, żeby nam pomógł poradzić sobie z Moriartym i żebyśmy nie musieli w przypadku użycia zaklęcia usuwać mu pamięci, to jest bardzo niewygodne.
-  W takim razie czas działać – powiedział Mycroft wstając z krzesła i wychodząc z gabinetu. – Chodź Harry, mamy robotę do wykonania.
*
Mycroft i Harry weszli do mieszkania Sherlocka.  Młody Holmes grał na skrzypcach jakąś nieznaną Harry’emu melodię. Potter i starszy Holmes weszli po schodach na górę i wstąpili do salonu.
Sherlock patrzył przez okno i grał na skrzypcach, a Mary i John rozmawiali szeptem o nieoczekiwanym powrocie Moriartiego. Dopiero po chwili Watsonowie i młodszy z Holmesów zauważyli, że mają gości.
*
- A więc jest pan czarodziejem, panie Potter? – zapytał rozbawiony Sherlock.
Harry skinął głową.
- Czy mógłby mi pan dać namiary na pańskiego dilera? – zapytał detektyw drwiącym głosem.
- Nie jestem narkomanem – odparł spokojnie Harry – tylko czarodziejem, mogę to panu udowodnić.
- Naprawdę? – zapytał Sherlock . – Jak? Zamierza mi pan przepowiedzieć przyszłość?
- Nie – odparł Harry. – Jestem czarodziejem, a nie jasnowidzem. Nie posiadam tego daru, co mnie bardzo cieszy, bo moja nauczycielka wróżbiarstwa była okropna.
Potter wyciągnął z kieszeni różdżkę i wziął do ręki jabłko.
- Vingardium Leviosa – powiedział, a jabłko uniosło się w powietrze. Następnie transmutował je gruszkę. Potem teleportował się na drugi koniec pokoju, a na końcu wyciągnął zza pazuchy magiczną fotografię przedstawiającą jego i Ginny i pokazał ją Sherlockowi.
Młodszy z Holmesów był zmuszony uwierzyć Potterowi, pomimo że to, czego się właśnie dowiedział zaprzeczało jego sposobie rozumowania i patrzenia na świat.
- Skoro czarodzieje istnieją naprawdę, to smoki też istnieją? – zapytał detektyw.
- Tak – powiedział Harry. – Istnieją, ale ich hodowanie jest nielegalne.  
Nagle drzwi od pokoju się otworzyły i wszedł do niego ktoś jeszcze.

- Tęskniliście? – zapytał Jim Moriarty.





- Lily 

wtorek, 25 listopada 2014

Szerlock w wieku szkolnym : wprowadzenie

Oto wstęp wprowadzający do opowiadań o młodzieńczym wieku Sherlocka. Tak wyobrażam sobie młodych Holmesów :)
Łapa 

Czternastoletni Sherlock nie wyróżniał się spośród rówieśników wyglądem. Był szczupłym, dość wysokim chłopakiem z ciemnymi włosami. 
Sherlock lubił grać na skrzypcach, to go odprężało. Chodził do szkoły muzycznej jedynie 2,5 roku, ale to wystarczyło aby nauczył się dobrze grać. 
Chodził do szkoły ze sztywnymi regułami, które nie pozwalały chłopcom mieć długich włosów. On jednak miał włosy sięgające do uszu, co spotykało się z niezadowoleniem nauczycieli. Wiele razy dostawał uwagi, wzywano go do dyrektora, a nawet zadzwoniono do rodziców. Nic to nie dało, nie pozwolił sobie ich ściąć. Najbardziej nieszczęśliwy z tego powodu był 17-letni Mycroft, który (ku swojemu niezadowoleniu) chodził do tej samej szkoły.
Sherlock nie był najlepszym uczniem, choć na pewno mógłby nim być, jeśli by się trochę postarał. Jego pamięć była bardzo dobra i nauczenie się do sprawdzianu zajmowało mu zazwyczaj kilkanaście minut. Jednak już od wieku 12 lat pracował nad własnym systemem nauki, który nie byłby tak nielogiczny i niespójny jak ten obowiązujący w kraju. Nie widział sensu w uczęszczaniu na przedmiot, który go nie interesował i nigdy mu się nie przyda. Takie przedmioty jak historia, WOS, technika czy geografia (którą docenił dopiero później) uważał za niepotrzebne dla siebie.
Jednak główną przyczyną z jakiej nie lubił szkoły była głupota która co dzień rano wlatywała do szkoły, utrzymywała się w niej parę godzin i popołudniu wylatywała. Sherlock nie miał kolegów ani koleżanek, nie potrzebował ich. W nosie miał kto z kim chodzi, kto co o kim myśli. Nie rozumieli tego rówieśnicy i nauczyciele. Nie wyśmiewano się jednak z jego. Nie należał do jednych z tych szkolnych pośmiewisk. Po prostu nie rozmawiano z nim. 
To starszy Mycroft wpłynął na sposób myślenia brata. On, który nie cierpiał "tępych mrówek" zawsze mówił, że cieszy się wśród nich respektem. Sherlock jednak pamiętał doskonale jak kiedyś zobaczył jak szkolna banda daje bratu w kość. Uśmiechnął się triumfalnie i wyszedł, ale wrócił po chwili i powiedział ,,On już ma dość" po czym szef trzyosobowej bandy, który znał Sherlocka, wyszedł.
Mycroft nie odzywał się do brata cały kolejny tydzień.
Otaczał się lubianymi osobami i dbał o swoją reputację. Był nad swój wiek poważny,miał dobre maniery. Czasami pomagał kolegom. Mimo jego dobrej gry aktorskiej Sherlock znakomicie wiedział, że brat najbardziej lubi być sam. 
Nie włosy Sherlocka najbardziej martwiły Mycrofta w osobie swojego brata. 
Powinnam tu dodać, że Sherlock nie był nielubiany wszędzie. 
Parę razy w tygodniu chodził w miejsca, gdzie spotykała się młodzież z niższych sfer. Spotykali się razem, palili, pili i organizowali inne rzeczy. Sherlock znał ich od niedawna. Chodził tam, bo doskonale widział, że znają się na sprawach o których on nie miał pojęcia. Na przykład chłopak o imieniu Mike, za pomocą wytrychów potrafił włamać się prawie wszędzie. Sherlock nauczył się od niego tej sztuczki. Nigdy nie zniżał się do ich poziomu. Odchodził, kiedy planowali jakieś akty wandalizmu, czy drobne włamania. 
Mycroft strasznie nad tym ubolewał. Kiedy dowiedział się o tym, co robi jego brat od razu dowiedział się szczegółów. Wielokrotnie ostrzegał brata i próbował przemówić mu do rozsądku. Bardzo denerwował go fakt, że Sherlock popala i szlaja się po obskurnych, niebezpiecznych miejscach. Powiedział o tym rodzicom, którzy zrobili awanturę, zabrali Sherlocka na rozmowę z psychologiem i uważali, że sprawa jest załatwiona. 

środa, 19 listopada 2014

Sprawa trzynastu


Wstawiam pierwszą część opowiadania o niesamowitej sprawie Sherlocka :D
Będę się podpisywać Łapa ;)
 
Część 1
 
John obudził się wcześnie i nie mógł dalej spać. Udał się na spacer, aby kupić poranną gazetę. Odchodząc od kiosku przypomniał sobie o rozmowie kwalifikacyjnej, na którą umówił się na 10.00. W pośpiechu wrócił do mieszkania i przebrał się w garnitur.
Kiedy wrócił, zauważył panią Hudson, która zamiatała przedpokój.
-Sherlock coś długo dzisiaj śpi, prawda?
Wzruszył ramionami.
-Pewnie całą noc spędził na robieniu doświadczeń i odsypia. O 3.00 nad ranem słyszałem jakieś dziwne wycia, jakby zranionego zwierzęcia...
Pani Hudson zamilkła na chwilę. 
-Sherlock już dawno nie miał żadnej sprawy.
....
John wrócił do swojej sypialni i starał skupić się na czytanej gazecie, ale co chwilę przyłapywał się na tym, że rozmyśla o tym, co Sherlock może tak długo robić w swoim pokoju.
Spojrzał na zegarek, 13.00
Postanowił zajrzeć do jego sypialni.
Zapukał do drzwi, ale ponieważ nie usłyszał odpowiedzi wszedł do środka. Zobaczył zaścielone łóżko. Sherlock nigdy nie ścieli łóżka, więc widocznie nikt nie leżał tam od wczoraj, kiedy sprzątała tu pani Hudson. 
W dużym pokoju wiele rzeczy walało się podłodze i różne, kolorowe substancje porozstawiane były na stole w kuchni.
John zjadł reszki wczorajszej pizzy.
Zawiał mocniejszy wiatr i firanka wisząca nad otwartym oknem podleciała do góry. John dopiero teraz zwrócił uwagę na otwarte okno.
"Po co sherlock miałby nim wychodzić?"-zastanawiał się.
Usiadł w swoim fotelu i kontynuował czytanie gazety, ale po jakimś czasie dał sobie spokój, stwierdzając, że o tak nie da rady się skupić.
 
O 15.00 miał spotkanie z nową dziewczyną, Sally. Po powrocie obejrzał parę programów z panią Hudson.
Wieczorem usadowił się w swoim fotelu i szukał ofert pracy. Następnie napisał nowy post na bloga. 
Odłożył laptopa i zamyślił się. 
Myślał p tym, jak  wyglądałoby jego życie, gdyby nie spotkał Sherlocka. Nadal mieszkałby w małym, ponurym pokoiku rozmyślając o wojnie? Zapewne znalazłby sobie jakąś słabo płatną pracę, w której siedziałby do popołudnia. Możliwe, że nadal by kulał. Mimowolnie uśmiechnął się.
 
Zaskoczeniem był dla niego fakt, że Sherlock nie wrócił na noc do mieszkania. Gdzie on może się podziewać? 
 
Powoli ogarniała go senność. Tak bardzo nie chciało mu się wstawać...
 
...
 
John obudził się nagle.
-John! John, pora wstać!
Otworzył oczy. Zobaczył zarys postaci pochylającego się w jego stronę. Krzyknął przerażony i chwycił leżący na stoliku pilot.
-Daj spokój, chyba nie zamierzasz rzucić we mnie pilotem?-powiedział Sherlock.
 Podszedł do okna. 
Światło latarni zza okna oświetliło jego sylwetkę. John spostrzegł zarys długiej brody, dziwacznej czapki i kurtkę, która z pewnością nie była jego sławnym płaszczem. 
-Sherlock? Co ty robisz? -zapytał.
-Obserwują nasz dom i...
-Zawsze obserwują nasz dom - wtrącił John.
-...dlatego przyszedłem tutaj o 4.00. Myślę, że od 3.30 do 5.00 nikt nie będzie stać na straży - dokończył.
-Więc dlaczego przebrałeś się za starca?
Sherlock nie odpowiedział mu.
 
-Masz sprawę?
-Skąd taki wniosek?-zapytał ironicznie.
Odszedł od okna.
-Mogę zapalić światło?-zapytał John
-Nie, chodź.
-Ale...gdzie?-zapytał jeszcze nie do końca rozbudzony 
-Zobaczyć miejsce przestępstwa.
John wstał i podszedł do wieszaka na którym wisiała jego kurtka, w której kieszeni był pistolet.
-Wyjdziemy oknem?-zapytał po chwili namysłu.
-Nie - odpowiedział Sherlock ze zdziwieniem. - Drzwiami.
....
Kiedy znaleźli się za drzwiami staruszek zgarbił się i zaczął niezdarnie iść opierając się na lasce. John musiał przyznać, że to przebranie było naprawdę dobre. 
Przeszli się kawałek i skręcili w ponurą, słabo oświetloną uliczkę. 
-Co robimy?
Podjechał czarny samochód. Sherlock otworzył tylne drzwi i wsiadł pośpiesznie a John za nim.  Staruszek podał kierowcy karteczkę z adresem i ruszyli. 
-Spójrz-powiedział po chwili Sherlock wskazując za okno.
Po chodniku szedł ubrany na czarno, dobrze zbudowany mężczyzna. Światła samochodu oświetliły jego postać ukazując czarny pistolet wystający z kieszeni spodni.
Mężczyzna zauważył samochód i zezłoszczony zaczął biec ku niemu.
-Uciekać?-zapytał spokojnie kierowca
-Nie, zatrzymaj się-powiedział Sherlock.
-Otwórzcie drzwi i wyjdźcie z samochodu! Ostrzegam, mam broń-krzyknął zziajany wartownik.
Sherlock otworzył drzwi i powili wyszedł z samochodu udając przerażonego wspierając się o ramę drzwi i podniósł ręce do góry. 
Mężczyzna spojrzał ze zdziwieniem na staruszka.
-Eh, jedź pan-powiedział, po czym odwrócił się i odszedł.
Samochód ponownie ruszył.
 
Sherlock zaśmiał się.
-Widzisz John, jacy ludzie są nieuważni i głupi? 
-Gdzie my jedziemy?-zapytał po jakimś czasie zdziwiony John, widząc że wyjeżdżają z Londynu.
- Na odludzie.
Po 40 minutach zatrzymali się przed starą, opuszczoną 
fabryką. aby do niej dojechać musieli jechać nawet kawałek nieutwardzoną drogą prowadzącą przez las. 
John odwrócił się, aby zobaczyć kierowce.
-To jeden z ludzi Mycrofta. Poprosiłem brata o pomoc.
I zaczął iść po kupkach gruzu w stronę fabryki.
-Poprosiłeś?-zapytał nie dowierzając John.
-Można to tak nazwać. 
Sherlock wyprostował się i odkleił sztuczną brodę. 
Przeszli przez otwór, w którym powinny być drzwi i znaleźli się wewnątrz zniszczonego budynku.
Sherlock przechodził z pomieszczenia do pomieszczenia aż w końcu, w największym z nich odwrócił się do Johna z poważaną miną.
-To tu.
John rozejrzał się. Wschodzące słońce oświetliło wnętrze ogromnego pomieszczenia, w którym nie było nic oprócz starego fotela z boku przy ścianie. Sherlock podszedł do jednego z nielicznych ocalałych okien, spojrzał na niewielką dziurę, którą zostawił pocisk. 
-Ach, tego właśnie szukałem. Pozostało pytanie ile jest tu podobnych dziur?




- Łapa

wtorek, 18 listopada 2014

Pamiętnik Molly

Drogi Pamiętniku,
Chyba zakochałam się w moim najlepszym przyjacielu… W sumie to nie mam pojęcia, czy to, co jest pomiędzy nami można nazwać przyjaźnią … To znaczy, on jest moim najlepszym przyjacielem, ale ja nie wiem, czy jestem jego przyjaciółką. W końcu jest on Sherlockiem Holmesem, więc jeśli o niego chodzi, to nigdy nic nie wiadomo …
Od dłuższego czasu go kocham, jednak darzyłam go siostrzaną miłością. Sherlock Holmes był dla mnie jak brat. Przynajmniej tak mi się wydaje… Teraz nie jestem już niczego pewna : może kochałam go już wcześniej, ale nie dopuszczałam tego do siebie i wmawiałam sobie, że On jest dla mnie jak brat, albo On naprawdę był dla mnie jak brat…
Nie wiem już co mam robić. Jestem beznadziejna. Zawsze byłam beznadziejna. Nienawidzę siebie i dlatego nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że Sherlock też mnie nienawidzi. W sumie to za każdym razem robię przy nim z siebie idiotkę. Staram się, żeby było inaczej, ale nie potrafię. Jestem słaba. I beznadziejna….
Molly  
*
Drogi Pamiętniku,
                On chyba jest zakochany w innej kobiecie. Nie dziwię mu się, ale i tak mnie to boli. Na jego nieszczęście ona umarła. Pokazałam mu ciało w kostnicy, bo poprosił mnie o to. Zadzwonił do mnie. Musiałam specjalnie przyjechać do szpitala. Nie żałuję jednak tego, że spełniłam Jego polecenie prośbę… Każda okazja do zobaczenia Go jest dobra. Gdy oglądał ciało, żeby zweryfikować je nie musiał patrzeć na twarz tej kobiety, tylko na resztę jej ciała… To utwierdziło mnie w przekonaniu, że ona coś dla niego znaczyło, skoro poznał ją od innej strony… Gdy powiedział, że to ona starał się powiedzieć to spokojnie, jednak zauważyłam ból i smutek w Jego oczach. Uważam, że On ma teraz złamane serce. Tak samo z resztą jak ja…
Molly
*
Drogi Pamiętniku,
                Kilka tygodni temu zauważyłam, że Sherlock był smutny. Uśmiechał się, gdy rozmawiał z Johnem, ale gdy tylko Johna nie było w pobliżu uśmiech znikał z Jego twarzy. Widać było, że gaśnie w oczach. Nie wiedziałam jak mu pomóc. Powiedziałam mu, że wiem co oznacza wyglądanie na smutnego, gdy nikt nie patrzy… Zaproponowałam mu swoją pomoc, ale ją odrzucił. Niedługo później Sherlock przyszedł do mnie i powiedział, że chyba niedługo umrze. Był tak bardzo smutny… Miałam ochotę się rozpłakać, gdy go zobaczyłam w takim stanie… Poprosił mnie o pomoc w upozorowaniu samobójstwa.
                Udało się. Razem z bezdomnymi, którzy pomagają Sherlockowi pozwoliliśmy mu zniknąć. Wszyscy poza mną i bezdomnymi myślą, że On nie żyje. Wciągnęliśmy jeszcze w nasz plan Mycrofta i jego ludzi, żeby udało się Sherlockowi uciec z kraju. Teraz jest już  daleko. Przez kilka pierwsze dwa dni po Jego "śmierci" mieszkał u mnie, a potem u rodziców i u Mycrofta, ale teraz już go tam nie ma. Bardzo za nim tęsknię, ale cieszę się, że żyje. I że wiem, że żyje. John nie ma tego szczęścia, co ja. Widziałam go na pogrzebie. Wyglądał okropnie. Podeszłam do niego i go przytuliłam, a on rozpłakał się jak dziecko.
Molly
*
Drogi Pamiętniku.          
Sherlock powrócił, a ja kilka dni temu się zaręczyłam z innym. Holmes przyszedł do mnie do pracy, żeby się ze mną przywitać. Potem pomagałam mu rozwiązać sprawę. Spędziłam z nim cały dzień. Powiedział mi, że spędził ze mną czas, żeby mi podziękować i że Moriarty popełnił błąd, bo nie wziął pod uwagę tego, że jestem dla niego ważna, a to ja liczę się dla niego najbardziej. I zaznaczył, ze cały plan jego „samobójstwa” nie wypaliłby, gdyby nie ja.  Zauważył mój pierścionek zaręczynowy. Pogratulował mi i pocałował mnie nawet w policzek, ale w Jego głosie było słychać smutek… Powiedział, że zasługuję na szczęście…  I że nie każdy mężczyzna, w którym się zakochuję musi być socjopatą. Jednak ja byłabym najszczęśliwsza będąc z nim. To Jego – Sherlocka Holmesa kocham najbardziej na świecie, a mój narzeczony jest marną namiastką mojego Ideału. Wolę inteligentnego socjopatę niż osobę kochającą cały świat, ale nie posiadającą mózgu.
Molly
Drogi Pamiętniku,
                Zerwałam zaręczyny. Już dłużej nie mogłam być z osobą, do której nic nie czułam. Uczucie, którym darzyłam mojego narzeczonego nie równało się z tym, co czułam do Sherlocka, gdy go nie było, a gdy Holmes wrócił uczucie, które czułam do Toma całkowicie zniknęło. Zwyczajnie wygasło. Zostało całkowicie przyćmione przez to, co czułam do pewnego socjopaty. Gdy byłam z Tomem na ślubie Johna i Mary i para młoda tańczyła swój pierwszy taniec nie patrzyłam na nich. Jeśli mam być szczera, to nie widziałam ani sekundy z ich tańca. Patrzyłam na Sherlocka, który grał na skrzypcach. Patrzyłam na mój cały świat.
                Jak skończył grać i wszyscy zaczęli tańczyć był taki moment, w którym on chciał do mnie podejść i ze mną zatańczyć. Widziałam to w Jego oczach. Ja wtedy tańczyłam z innymi ludźmi, więc Sherlock do mnie nie podszedł. Popatrzył na mnie swoimi smutnymi oczkami, ja uśmiechnęłam się do niego, a on po prostu wyszedł…

Molly






- Lily

Pingwiny są fajne!

Sherlock siedział na kanapie, pomiędzy swoimi rodzicami i oglądał telewizję. Jego mama właśnie skończyła czytać gazetę i odłożyła ją na parapet.
- Jak długo zamierzasz udawać martwego, Sherlock? - zapytała. 
-  Nie wiem - odpowiedział Sherlock nie odrywając wzroku od telewizora. 
- Wiesz, że kiedyś się wyda, że żyjesz, prawda? Nie możemy udawać, że jest inaczej w nieskończoność. Anglia bez ciebie upadnie - powiedziała pani Holmes. 
- Póki Mycroft jest brytyjskim rządem Anglia sobie poradzi - odpowiedział Sherlock i uśmiechnął się uspokajająco do matki. - Spokojnie, mamo ... Przez kilka tygodni będę się ukrywał w bezpiecznych miejscach, czyli tutaj i w domu Mycrofta, a potem zacznę rozpracowywać sieć Moriarty'ego. 
Nagle drzwi wejściowe się otworzyły i do domu wszedł Mycroft.
- Jak się trzyma John? - zapytał Sherlock.
- A jak myślisz? - zapytał Mycroft. - Jest załamany. Płakał przez cały pogrzeb. Pani Hudson też. Lestrade starał się być dzielny, ale w połowie pogrzebu się rozryczał jak dziecko. Ci ludzie cię naprawdę kochali, braciszku. Nie sądziłem, że to kiedykolwiek nastąpi. Tylko ja i Molly jakoś przetrwaliśmy bez uronienia ani jednej łzy. 
- Ciekawe dlaczego ... - powiedział Sherlock. 
- No właśnie nie wiem - odpowiedział sarkastycznie Mycroft.
- Przestańcie, chłopcy - upomniała ich matka. 
- Masz już jakiś konkretny plan, jak możesz wrócić do życia albo działać potajemnie? zapytał starszy z braci. - Czy będziesz ciągle siedział przed telewizorem i oglądał programy o pingwinach?
- Pingwiny są fajne! - odpowiedział Sherlock. - Niedługo zacznę działać, obiecuję. A na razie daj mi skończyć oglądać ten dokument o pingwinach. Załatw mi na jutro samochód, który podwiezie mnie na cmentarz. Chcę zobaczyć mój grób.
- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł - do rozmowy wtrącił się pan Holmes. - Ktoś Cię może zobaczyć.
- No właśnie ... - poparła go żona. - To wszystko trzeba zaplanować. 
- Spokojnie, będę trzymał się z daleka i obserwował. Nie będę tam długo. Najwyżej pół godziny...
- Jesteś pewien? - zapytał pan Holmes.
- Tak.
- A co jeśli ktoś Cię zobaczy?
- Nie zobaczy, spokojnie. A jak zobaczy, to mu wmówię, że jestem duchem, potem go ogłuszę i zwieję.
- Ogłuszysz?! - krzyknęła pani Holmes. - Nie bądź taki drastyczny, synku!
*
Samochód zaparkował w lesie, dwieście metrów od cmentarza.
- Dzięki za podwózkę - powiedział Sherlock do szofera. - Czekaj tu na mnie.
Wysiadł z samochodu i zaczął iść w stronę cmentarza. Przez cały czas nasłuchiwał i raz na jakiś czas oglądał się za siebie. Nagle usłyszał dźwięk silnik, a potem kroki. Schował się za jedno z drzew i obserwował otoczenie. Po chwili zobaczył swój grób. To było dla niego bardzo dziwne uczucie. Koło jego grobu ktoś stał. Sherlock wychylił się zza drzewa, żeby zobaczyć kto to. Były to dwie osoby - John i pani Hudson. Rozmawiali. Sherlock schował się za innym drzewem, które było bliżej grobu i było większe i zaczął podsłuchiwać. 
- Te ślady na moim stole, hałasy, strzelanie z broni o wpół do drugiej nad ranem, probówki w lodówce... - powiedziała pani Hudson. -  On trzymał części ciała z jedzeniem! I te jego walki! Doprowadzał mnie do szału!
- Nie jestem aż tak wściekły - odpowiedział John.
- Zostawię Cię samego, żebyś ...
Pani Hudson rozpłakała się, a potem zostawiła Johna na cmentarzu samego... Albo raczej z Sherlockiem, ale John nie miał pojęcia o jego obecności, więc to się nie liczy.
John westchnął, obejrzał się za siebie na oddalającą się z cmentarza panią Hudson i zaczął swoją przemowę do grobu Sherlocka:
- Powiedziałeś mi kiedyś, że nie jesteś bohaterem. Czasami uważałem, że nie jesteś nawet człowiekiem.
Sherlock roześmiał się cicho, ale John tego nie usłyszał.
- Ale byłeś najlepszą, najbardziej ludzką istotą jaką znałem.
- Nie prawda, ale dzięki - powiedział Sherlock pod nosem.
- Nikt mnie nie przekona, że mnie nie okłamywałeś.
- Bo tego nie robiłem... - szepnął Sherlock.
- Tyle.
- Już idziesz? - zapytał cicho Sherlock, a w jego głosie John zapewne wyczułby zawód, gdyby tylko to dosłyszał.
Następnie John podszedł bliżej grobu Sherlocka.
- Byłem taki samotny i tyle ci zawdzięczam...
John odszedł od grobu i zaczął się przechadzać koło niego.
- Zrób dla mnie jeszcze jedną sztuczkę... Jeszcze jeden cud.
- Jaki?
- Przestań być  martwy. Możesz to dla mnie zrobić?
- Oki. 
- Przestań!
- No przecież żyję - powiedział pod nosem Sherlock i zaśmiał się cicho.
John zaczął płakać, a Sherlock natychmiast przestał się uśmiechać. Przez moment miał ochotę wyjść zza tego drzewa, podejść do Johna, powiedzieć mu, że żyje, pocieszyć go, zrobić cokolwiek, ale się powstrzymał. Nie mógł się zdradzić. Jeszcze nie teraz. John zrobił typowe wojskowe " w tył zwrot" i zaczął iść do pani Hudson, która czekała na niego kilkadziesiąt metrów dalej. 
- Przepraszam, John - powiedział Sherlock i poszedł do samochodu. 
*
Sherlock znowu siedział przed telewizorem tym razem w domu Mycrofta i znowu oglądał program dokumentalny o pingwinach. 
- Co tam? - zapytał Mycroft wchodząc do domu.
- Nuda! - krzyknął Sherlock. - Znajdź mi jakieś zajęcie, błagam cię. Mój mózg bez pracy gnije! Nudzi mi się! Bardzo mi się nudzi! Nuuuuuuuuuuuuuuuuuda!
- Mój telefon ciągle dzwoni, a Anthea jest chora. Możesz odbierać telefony w zastępstwie za nią. Tylko postaraj się mówić jak ja, żeby ludzie myśleli, że rozmawiają ze mną.
- No dobra - odpowiedział Sherlock. - Wolałbym rozwiązać jakąś sprawę, ale dobre i to. Muszę się oderwać od tych pingwinów. 
Mycroft podał Sherlockowi swój telefon, który jak na komendę zaczął dzwonić. 
Sherlock szybko go odebrał nie sprawdzając nawet kto dzwoni. 
- Halo - przywitał się, doskonale naśladując głos Mycrofta. 
- Hej .
Sherlock usłyszał głos Johna i go na moment zamurowało. Zaczął trochę panikować, bo bał się, że coś go zdradzi i John domyśli się, że nie rozmawia z Mycroftem, tylko z jego rzekomo martwym bratem. 
- Byłem już u mojej terapeutki, tak jak mi radziłeś... Ona jest do niczego... Nie wie o tym co się stało, bo nie ogląda telewizji, nie czyta gazet i nie słucha radia, o korzystaniu z internetu już  nawet nie wspominając, a ja nie miałem siły jej wszystkiego tłumaczyć... Co mam zrobić?
- Znajdę ci jakąś inną terapeutkę i do ciebie zadzwonię. Trzymaj się, John.
- Jak ty to robisz? - zapytał John.
- Co robię?
- Tak doskonale sobie radzisz i dobrze sobie radzisz... To jest ... To był twój brat...
- Szczerze? Kompletnie sobie nie radzę, ale zawsze przy ludziach ukrywam to, co czuję. Zawsze tak robię. Taki już jestem. 
- Jak ty to robisz?
- Rodzinna przypadłość. Sherlock też tak miał. Myślisz, że on nic nie czuł? Nie, on to po prostu ukrywał.
- Wiem. Kilka razy przy mnie okazał emocje... Strach, złość, smutek, radość, znudzenie... Tą ostatnią emocję okazywał najczęściej!
Sherlock uśmiechnął się na wspomnienie tego, jak kiedyś ścianie się oberwało za to, że on był znudzony. 
- Tamtego dnia płakał... Gdy ostatni raz rozmawialiśmy płakał... Wiem, że nie chciał umierać i nie rozumiem, czemu on skoczył...
- Skoczył, by cię ochronić. Musiał ochronić ciebie i innych ludzi. Gdyby on nie skoczył zginęliby ludzie...
- O czym ty mówisz?
- Moriarty wszystko zaplanował. Jakiś czas przed śmiercią zatrudnił trzech snajperów, którzy mieli zabić ciebie, Lestrade'a i panią Hudson, gdyby on nie skoczył. Zrobił to, co zrobił, bo mu na tobie zależało.
- Skąd o tym wiesz?
- Gdy był na dachu pisaliśmy ze sobą. Poinformował mnie o tym, czemu to robi.
- Nie wiedziałem, że on był aż takim egoistą! Jak mógł mnie zostawić samego na tym okropnym świecie? Mógł nie skakać... Wołałbym zginąć, niż żyć tak, jak żyję teraz...
- Nie rób niczego głupiego, John - powiedział Sherlock. - Błagam cię ... On by tego nie chciał... Uszanuj to.
- Skąd możesz wiedzieć, co on by chciał, a czego nie? 
- To mój brat, dobrze go znam! Dbaj o siebie John ... Pa!
- Pa...? Ty nigdy nie mówisz "pa"! Jesteś przecież jednoosobowym brytyjskim rządem!
- Jestem już po pracy - Sherlock próbował wybrnąć z tej trochę dla niego niezręcznej sytuacji. John miał rację, Mycroft nigdy nie mówił do nikogo "pa" poza rodziną.- Spędzam  teraz czas z rodzicami. Potrzebują mnie. Stracili w końcu dziecko. Przy nich nie jestem jednoosobowym rządem, tylko ich synkiem.
- Rozumiem ... - powiedział John. - Zadzwoń do mnie później w sprawie terapeutki...
- Dobrze - odpowiedział Sherlock. - Pa!
- Pa...
- Dobrze się bawisz? - zapytał Mycroft podchodząc do młodszego brata.
- Tak! A zabawa dopiero się zaczyna - odpowiedział detektyw i roześmiał się. Następnie spoważniał.- Biedny John, on jest naprawdę smutny... Znasz jakąś naprawdę dobrą terapeutkę? 
- Zaraz ktoś się znajdzie.


- Lily 


poniedziałek, 17 listopada 2014

Zagrajmy w dedukcję!

- Zagrajmy w dedukcję! – powiedział Sherlock.
- W autobusie? – zdziwił się Mycroft. – Nie.
Sherlock i Mycroft  jechali właśnie do szkoły.  Sherlock był w czwartej klasie podstawówki, a Mycroft chodził już do średniej szkoły.
- Dlaczego nie?
- Bo już wysiadamy.
Autobus zatrzymał się na przystanku, a bracia Holmes wysiedli z niego.
- A teraz zagramy? – zapytał młodszy z braci.
- Nie. Teraz nie ma czasu, braciszku. Musimy się pospieszyć, bo zaraz będzie dzwonek.
- Ja nie chcę iść do szkoły – powiedział smutnym głosem młodszy z braci.- Nikt mnie tam nie lubi.
- Teraz może być inaczej. Zmieniasz szkołę!
- To nic nie zmienia. Nikt mnie nie zrozumie.
- Bo jesteś geniuszem – Mycroft zmierzwił bratu włosy. – Są dla ciebie za tępi, braciszku. Jak będziesz grzeczny i będziesz ładnie chodził do szkoły, to postaram się namówić rodziców na psa.
- Naprawdę?
- Tak, szkrabie.
Sherlock przytulił się do brata, a ten trochę zdziwiony tym nagłym okazaniem mu uczucia poklepał go po plecach. Weszli razem do szkoły, która mieściła się na wielkim wzgórzu za którym był las i wspaniała polana na którą uczniowie  czasami udawali się po lekcjach na pikniki. Mycroft odprowadził Sherlocka pod salę, a następnie udał się w stronę części szkoły przeznaczonej dla uczniów szkoły średniej. Jak tylko Mycroft zostawił Sherlocka, ten usiadł na ławce i zaczął uważnie obserwować swoją nową klasę. Po dwóch minutach już wiedział mniej więcej kto jaki jest z charakteru, skąd pochodzi, czy jest bogaty, przeciętny, czy biedny i czy jest lubiany, czy też nie.
                Nagle zadzwonił dzwonek. Sherlock wraz ze swoją nową klasą wszedł do sali od matematyki. Wszyscy usiedli na swoich miejscach. Sherlock rozejrzał się po sali. Wszystkie miejsca były zajęte oprócz jednego, w ostatniej ławce, koło rudowłosej dziewczynki. Wiedział, że nie jest ona zbytnio lubiana i trzyma się na uboczu. Miała również dziwny gust jeśli chodzi o ubiór i nie była zbytnio bogata. Sherlockowi bardzo odpowiadało to, że będzie musiał koło niej siedzieć, więc udał się pospiesznie na swoje nowe miejsce. Cieszył go fakt, że skoro ta dziewczynka nie jest lubiana, to pewnie nie będzie starała się z nim zaprzyjaźnić. Nie wiedział nawet, jak bardzo się mylił…
- Cześć, jestem Molly – powiedziała dziewczynka.
- A ja William Sherlock Holmes, ale mów mi Sherlock – odpowiedział młody mistrz dedukcji rozpakowując się i nawet na nią nie patrząc.
Lekcja zleciała mu szybko.  Zrobił wszystkie zadania prawie dwa razy szybciej niż inni i obserwował. Pomógł też Molly w kilku przykładach, bo nie mógł ścierpieć tego, że ktoś nie rozumie matematyki, która była dla niego logiczna i banalna.
Następną lekcją był język angielski i była to dla Sherlocka męczarnia. Musieli pisać opowiadanie twórcze. Sherlock miał ścisły umysł i miał duże problemy z twórczym myśleniem. Wyjątkiem było komponowanie muzyki, które pomagało mu się zrelaksować. Sherlock od siódmego roku życia uczył się grać na skrzypcach i szybko został w tym mistrzem. Teraz pomimo swojego młodego wieku już czasem komponował. Po angielskim była przyroda. Nauczycielka szybko zauważyła, że Sherlock jest bardzo bystrym i mądrym chłopcem.  Następny był w-f. Sherlock był bardzo wysportowany i świetnie sobie radził.  Ostatnią lekcją był język francuski.  Młody Holmes szybko zrozumiał podstawowe zasady gramatyki tego języka i przyswoił sobie kilka nowych słówek.
Po skończonych lekcjach Sherlock poszedł na obiad. Usiadł przy stoliku w kącie stołówki. Po kilku minutach dosiadła się do niego Molly.
- Jak ci się u nas podoba? – zapytała.
- Może być.
- Z tego, co zauważyłam, jesteś geniuszem – powiedziała.
- Może i jestem, ale nigdy nie będę tak mądry jak mój brat. Muszę już lecieć – odpowiedział młody Holmes nie zaszczycając nawet Molly spojrzeniem. – Pa.
Wyszedł ze stołówki, nie posprzątawszy po sobie. Wychodząc nawet nie obejrzał się za siebie. Udał się w stronę wyjścia ze szkoły, a następnie poszedł na przystanek autobusowy i wrócił autobusem do domu.
Miesiąc później Sherlock wrócił wykończony do domu. Męczyli go ludzie, ciągły hałas i to, że ciągle ktoś próbował się z nim zaprzyjaźnić. William Sherlock Holmes nie szukał przyjaciół. Był typem samotnika, geniusza i socjopaty. Taki człowiek nie pragnął poznawać nowych ludzi.
- Wróciłem! – krzyknął wchodząc do domu.
Nikt mu nie odpowiedział.
- Mamo?! Tato?! Mycroft?! Jest tu ktokolwiek?!
Cisza. Brak odpowiedzi. Sherlock zdjął buty i okrycie wierzchnie. Nagle drzwi za jego plecami się otworzyły. Chłopiec odwrócił się i zobaczył kundla o rudej sierści.  Pies do niego podszedł, a on pogłaskał go.  Kundelek polizał go po twarzy, a Sherlock roześmiał się.
- Podoba ci się? – zapytał pan Holmes wchodząc razem z żoną i starszym synem do domu. – Wreszcie ktoś się nim zaopiekował. W schronisku miał okropne warunki.
- Jest wspaniały! – odpowiedział radośnie chłopiec.- Dziękuję!
Podszedł do ojca i przytulił się do niego, następnie pocałował mamę w policzek.
- Dzięki, Mycroft – powiedział i szeroko uśmiechnął się do starszego brata.
- Nie ma za co, braciszku – Mycroft zmierzwił mu włosy.- Jak go nazwiesz?
- Rudobrody.
Kilka lat później Rudobrody ciężko zachorował i został uśpiony. Dla Sherlocka to był cios. Zaczął palić papierosy i brać narkotyki.  Został nawet dilerem. Mycroft wielokrotnie próbował go zaciągnąć na odwyk, ale jego starania były bezskuteczne. Sherlock zawsze uciekał.
Pewnego dnia Mycroft postanowił sięgnąć po ostateczny środek. Zaalarmował policję i namówił ją do aresztowania Sherlocka, a następnie skierowania go na odwyk. Pomimo swojego bardzo młodego wieku Mycroft był bardzo wpływowym człowiekiem, dzięki jego niebywałym zdolnościom.  Gdy tylko Sherlock zorientował się, że policja jest w jego szkole postanowił z niej uciec. Nie miał tylko pojęcia gdzie.  Z pomocą przyszła mu Molly. Udali się do lasu, na którego skraju mieszkała Molly. Nie mogli jednak pójść do jej domu, bo byli tam jej rodzice, którzy z pewnością wydaliby Sherlocka policji. Usiedli więc na polanie.
- Wiem, że oni cię szukają – powiedziała Molly. – Musisz się przyznać, do zarzuconego ci czynu.
- Wiem – odpowiedział Sherlock – ale chcę najpierw mile spędzić ostatnią godzinę mojej wolności. Z tobą.
Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał. Pocałowali się.
- Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć – powiedziała Molly, jak już otrząsnęła się z szoku.
- Będę pamiętał. Zauważyłaś już na pewno, że mam niezłą pamięć.
- No jasne.
- Zagrajmy w pokera – oświadczył nagle Sherlock.
Wyciągnął karty z plecaka, potasował i rozdał.
                Równo godzinę później Molly i Sherlock zobaczyli, że ktoś się do nich zbliża. Był to Mycroft. Szedł po Sherlocka.
- Twój czas minął, braciszku – powiedział Mycroft podchodząc do brata.
- Wiem.
- Pójdziesz ze mną.
- Dobrze.
Sherlock pocałował Molly w policzek na pożegnanie i poszedł razem z bratem w stronę szkoły.
- Zaraz policja cię aresztuje – powiedział Mycroft.
- Jestem tego świadomy.
 - Wylądujesz w areszcie.
- Nie na długo.
- Wiem. Wyciągnę cię z niego. Jeśli tylko spróbujesz uciec, pozwolę Wymiarowi Sprawiedliwości się tobą zająć, zrozumiano?
- Tak.
- Posłuchaj mnie, braciszku. Wiem, że utrata psa, czyli jedynej istoty, którą darzyłeś miłością zraniła cię, ale przegiąłeś. Palenie jestem w stanie zrozumieć, narkotyki ewentualnie też, ale musiałeś zostawać od razu dilerem?! Rodzice są zdruzgotani!
- Przykro mi – powiedział Sherlock bezbarwnym głosem.
- Pokrzyżowałeś im plany.
- Trudno.
-  Rozumiem, że jesteś aspołecznym geniuszem na haju, ale rodzice cię kochają i się o ciebie martwią!
- Mam to gdzieś.
- Wcale nie.
- A właśnie, że tak! – wrzasnął Sherlock.
Sherlock i Mycroft weszli do szkoły. Podszedł do nich funkcjonariusz i skuł Sherlocka kajdankami.

- Do zobaczenia, braciszku – powiedział Mycroft i wyszedł ze szkoły. 


- Lily.